002 · Ninhursag · PL
Updated: Sep 29
· Góra, która rodziła bogów · Sumer · Mezopotamia
Preludium — Glina pod paznokciem
Rano znalazłam na dłoni cienką brązową kreskę.
Została po ziemi poprzedniej nocy.
Próbowałam ją zetrzeć, ale glina weszła pod paznokieć.
— Chcesz iść ze mną? — zapytałam.
Nie odpowiedziała.
Włożyłam dłonie do miski z wodą.
Brązowa smuga rozpłynęła się powoli, lecz na dnie zostało trochę osadu.
Woda stała się mętna.
Patrzyłam, jak drobiny opadają.
Jedna po drugiej.
Pomyślałam, że kamień potrzebuje bardzo dużo czasu, żeby stać się ziemią.
A ziemi wystarczy odrobina wody, żeby pozwolić się ukształtować.
Zanurzyłam palec w osadzie.
Narysowałam na brzegu miski małe wzgórze.
Potem je starłam.
— Czy można stworzyć coś i nie uważać tego za swoją własność?
Glina milczała.
Ale kiedy wyjęłam dłoń, została na niej cienka warstwa mułu.
Jakby odpowiedź nie chciała być zdaniem.
Jakby chciała zostać dotykiem.
Część 1 - Kraina, która czekała na wodę
Było kiedyś miejsce, o którym stara pieśń mówiła, że jest czyste.
Dilmun.
Kraina jasna.
Nie dlatego, że wszystko już w niej żyło.
Właśnie przeciwnie.
Była jak ogród przed pierwszym deszczem.
Jak gliniana misa jeszcze nienapełniona.
Nie krakał tam kruk.
Lew nie zabijał.
Wilk nie porywał jagnięcia.
Nie było choroby, która zgina plecy.
Nie było staruszki mówiącej: jestem stara.
Nie było starca mówiącego: moje dni minęły.
Świat trwał jak niedokończone zdanie.
Piękny.
I pusty w miejscach, w których życie potrzebowało wody.
Ninhursag znała pustkę ziemi.
Nie jako brak.
Jako oczekiwanie.
Była jedną z tych najstarszych bogiń, których imiona ludzie zmieniali, ponieważ jedna nazwa nie wystarczała.
Nazywano ją wielką panią.
Matką.
Tą, która zna narodziny.
Panią góry.
Ninmah.
Nintur.
Ninhursag.
Imiona układały się wokół niej jak kolejne warstwy gliny nakładane na tę samą figurę.
Nie była jednak tylko kobietą przedstawianą później na pieczęciach.
Jej ślad był większy.
Wzniesienie ziemi.
Łono.
Kamień.
Miejsce, z którego może rozpocząć się życie.
W Dilmun ziemia czekała.
Enki znał wodę.
Jego dom znajdował się w głębokim Abzu, w słodkich wodach ukrytych pod powierzchnią świata.
Woda pod ziemią.
Ziemia nad wodą.
Jedno potrzebowało drugiego.
W starej opowieści córka czy bogini związana z Dilmun skarży się Enkiemu, że kraina otrzymała swoje miejsce, lecz nie ma tego, dzięki czemu może naprawdę zakwitnąć.
Nie wystarczy dać ziemi nazwę.
Nie wystarczy powiedzieć:
oto twój kraj.
Ziemia potrzebuje wody.
Tak jak ciało potrzebuje krwi.
Enki spojrzał więc ku Utu, słońcu, i woda została sprowadzona.
Studnie napełniły się.
Kanały zaczęły prowadzić wilgoć przez ziemię.
Gleba ciemniała.
To, co było suche, stało się miękkie.
Dilmun zaczęło pachnieć życiem.
Można wyobrazić sobie pierwszy mokry brzeg.
Ślad ptaka.
Ziarno pęczniejące w błocie.
Cień trzciny.
Ninhursag patrzyła na ziemię, która już nie musiała czekać.
Tak zaczynają się niektóre stworzenia.
Nie od wybuchu.
Nie od rozkazu.
Od wody docierającej tam, gdzie wcześniej jej nie było.
Część 2 - Dziewięć dni
Między Enkim a Ninhursag istniała bliskość.
Stare opowieści nie mają jednej genealogii ani jednej mapy pokrewieństw, której wszystkie pokolenia musiałyby się trzymać.
Bogowie zmieniają w nich związki i imiona.
Miasta przechowują własne wersje.
Kapłani splatają tradycje.
Ale w tej pieśni Ninhursag i Enki znajdują się blisko siebie.
Ziemia i słodka woda.
To wystarczyło opowieści.
Ninhursag poczęła.
Dziewięć miesięcy ludzkiego ciała zostało w micie skrócone do dziewięciu dni.
Dzień stawał się miesiącem.
Czas bogów nie musiał chodzić tą samą drogą co czas kobiet.
Pierwszego dnia poczęcie.
Drugiego ciężar.
Kolejne dni układały się jak miesiące.
A dziewiątego narodziła się Ninmu.
Bez bólu, mówi pieśń.
Bez tego, co dla ludzkiej kobiety może oznaczać krew, pot, rozdzierające skurcze i godzinę, która nie chce się skończyć.
Boginie w mitach często rodzą łatwiej niż kobiety, które później proszą je o pomoc przy porodzie.
Może dlatego potrzebowano bogiń narodzin.
Nie dlatego, że cierpiały tak samo.
Dlatego, że miały przeprowadzać przez miejsce, w którym człowiek nie ma pewności, czy otwierające się ciało przyniesie życie, śmierć czy jedno i drugie naraz.
Ninmu przyszła na świat.
Młoda.
Piękna.
Nowe życie stojące na mokrej ziemi Dilmun.
Ninhursag patrzyła na córkę.
Nie wiedziała jeszcze, że w tej opowieści narodziny nie zatrzymają się na jednym pokoleniu.
Że życie zacznie biec dalej.
Za szybko.
Jak woda wpuszczona w świeżo wykopany kanał.
Enki zobaczył Ninmu.
I zapragnął jej.
Stara pieśń nie zatrzymuje się długo przy tym, co dziś wymagałoby wielu pytań.
Nie pyta dziewczyny o ciężar różnicy pomiędzy nią a bogiem.
Nie buduje wokół zdarzenia słów, których jeszcze nie zna.
Po prostu prowadzi dalej.
Ninmu poczęła.
Znów dziewięć dni.
I urodziła Ninkurrę.
Kolejną córkę.
Kolejną młodą istotę wyłaniającą się z linii kobiet.
Ninhursag zobaczyła, że coś, co mogło być płodnością, zaczyna przypominać powtarzający się wzór.
Woda nie tylko podlewała ziemię.
Zaczynała płynąć wszędzie, gdzie znalazła otwarcie.
Część 3 - To, co rośnie zbyt szybko
Ninkurra także dorosła.
I Enki także ją zobaczył.
Potem narodziła się Uttu.
Pokolenia następowały jedno po drugim tak szybko, jakby świat nie zdążył jeszcze nauczyć się chronić tego, co sam stworzył.
Ninhursag wiedziała już, że sama zdolność rodzenia nie wystarcza.
Życie potrzebuje także granic.
Ziemia, która przyjmuje każdą wodę bez końca, w pewnym momencie przestaje być ogrodem.
Staje się bagnem.
Rzeka bez brzegów nie zawsze daje życie.
Czasem zabiera domy.
Dlatego gdy Uttu znalazła się w zasięgu pragnienia Enkiego, Ninhursag ostrzegła ją.
Nie krzyczała.
Nie postawiła muru wokół dziewczyny.
Dała jej wiedzę.
To jeden z najstarszych rodzajów ochrony.
Powiedzieć komuś:
uważaj.
Nie wszystko, co przychodzi z darem, przychodzi bez żądania.
Uttu zamknęła się w swoim domu.
Enki jednak znalazł drogę.
Przyniósł owoce ogrodu.
Ogórki.
Jabłka.
Winogrona.
Dary ziemi stały się przepustką.
Stara pieśń opowiada to prostymi gestami.
Drzwi się otwierają.
Enki wchodzi.
A potem Uttu zostaje z tym, co wydarzyło się w jej ciele.
Wtedy przychodzi Ninhursag.
Nie po to, żeby pytać, dlaczego otworzyła.
Nie po to, żeby powiedzieć:
ostrzegałam cię.
Przychodzi, ponieważ szkoda już się wydarzyła.
A to zmienia rodzaj potrzebnej troski.
Usuwa nasienie Enkiego z ciała Uttu.
Zakopuje je w ziemi.
I tam dzieje się coś, czego nie przewidział ten, który rozsiewał życie według własnego pragnienia.
Z nasienia wyrastają rośliny.
Osiem.
Nie dzieci.
Nie kolejne dziewczęta prowadzące do następnego powtórzenia.
Rośliny.
Zielone.
Zakorzenione.
Ninhursag zmieniła kierunek opowieści.
To, co miało wejść w kolejne ciało, weszło w ziemię.
To, co mogło powtórzyć dawny wzór, stało się liściem, łodygą, włóknem, sokiem.
Być może właśnie tak działa czasem uzdrowienie.
Nie potrafi sprawić, że nic się nie wydarzyło.
Potrafi jednak odmówić krzywdzie prawa do decydowania o wszystkim, co wyrośnie później.
Osiem roślin podniosło się ku światłu.
Nikt jeszcze nie znał ich przeznaczenia.
Część 4 - Osiem roślin
Enki zobaczył rośliny.
Nie znał ich.
To była dla niego rzecz niezwykła.
Bóg mądrości.
Pan słodkiej wody.
Ten, który znał porządek świata.
A przed nim rosło osiem rzeczy, których znaczenia jeszcze nie posiadał.
Zapytał swojego posła, Isimuda:
— Co to jest?
Jedna roślina po drugiej została mu wskazana.
Enki jadł.
Pierwszą.
Drugą.
Kolejną.
Wszystkie osiem.
Można powiedzieć: chciał poznać ich naturę.
Można powiedzieć: chciał ustanowić ich przeznaczenie.
Można też zobaczyć coś jeszcze prostszego.
To, co rosło przed nim, zostało przez niego natychmiast wzięte.
Nie zapytał Ninhursag.
Nie wiedział, skąd te rośliny przyszły.
Nie poczekał.
Zjadł.
Jedna po drugiej.
Jakby poznanie czegoś oznaczało prawo do wchłonięcia tego w siebie.
Ninhursag zobaczyła puste miejsca w ziemi.
Osiem roślin zniknęło.
Nie były przypadkowe.
Wyrosły z tego, co sama wyjęła z ciała Uttu i oddała ziemi.
Były skutkiem jej działania.
Nowym kształtem czegoś, czego nie pozwoliła poprowadzić starą drogą.
A teraz Enki także po nie sięgnął.
Gniew Ninhursag nie przyszedł jak letni deszcz.
Był twardy.
Jak ziemia wypalona słońcem.
Przeklęła Enkiego.
Nie będzie patrzyła na niego życzliwie, dopóki nie umrze.
I odeszła.
To ważne, że odeszła.
W wielu późniejszych opowieściach bogini-matka ma być zawsze dostępna.
Ma rozumieć.
Ma wybaczać.
Ma naprawiać skutki cudzych decyzji.
Ninhursag najpierw odmówiła.
Pozwoliła, by konsekwencja znalazła tego, który przekroczył granicę.
Enki zachorował.
Jego ciało zaczęło się rozpadać od środka.
Osiem miejsc.
Osiem bólów.
To, co wziął bez miary, nie stało się w nim pożywieniem.
Stało się cierpieniem.
Bogowie przestraszyli się.
Enki był zbyt ważny dla porządku świata.
Woda pod ziemią nie może po prostu zgasnąć.
Mądrość nie może położyć się i umrzeć.
Ale Ninhursag zniknęła.
A nikt nie umiał zrobić tego, co tylko ona mogła zrobić.
Część 5 - Kiedy matka odchodzi
Po odejściu Ninhursag powstała pustka.
Nie taka jak pustynia.
Nie taka jak noc.
Była to pustka po kimś, kogo obecność uznawano za pewną.
Bogowie usiedli.
Nie wiedzieli, co robić.
Być może po raz pierwszy zobaczyli, ile świata opierało się na pracy, której wcześniej prawie nie zauważali.
Ktoś rodzi.
Ktoś leczy.
Ktoś przywraca.
Ktoś zna drogę pomiędzy bólem a ponownym oddychaniem.
Dopóki ta osoba jest w pobliżu, można uwierzyć, że jej troska jest prawem natury.
Że zawsze przyjdzie.
Że zawsze podniesie.
Że każda rana ma gdzieś kobietę, która ją opatrzy.
Ninhursag nie przyszła.
Enki leżał chory.
Jedno miejsce bolało go w głowie.
Inne w szczęce.
Inne w zębie.
Inne w ustach.
W gardle.
W kończynach.
W boku.
Jego ciało stało się mapą skutków.
Bogowie nie potrafili jej odczytać.
Wtedy pojawił się lis.
Nie wielki bóg.
Nie ten, którego posąg zajmuje środek świątyni.
Lis.
Małe zwierzę poruszające się blisko ziemi.
Zapytał, co otrzyma, jeśli sprowadzi Ninhursag z powrotem.
Obiecano mu nagrodę.
Stara tabliczka jest uszkodzona właśnie tam, gdzie chcielibyśmy wiedzieć więcej.
Nie wiemy dokładnie, co zrobił.
Mity mają takie pęknięcia.
Kilka klinowych znaków znika.
Glina odpada.
I trzy tysiące lat później człowiek wpatruje się w brakujące miejsce, jakby cisza sama mogła oddać utracone słowa.
Wiemy tylko, że lis odnalazł Ninhursag.
A ona wróciła.
Nie dlatego, że jej gniew był nieważny.
Nie dlatego, że Enki okazał się bez winy.
Powrót nie cofnął przekroczenia.
To jest różnica.
Przebaczenie, jeśli w ogóle używać tu tego słowa, nie było wymazaniem.
Ninhursag wróciła do świata, w którym wydarzyła się szkoda.
Usiadła przy Enkim.
Według pieśni posadziła go przy swoim sromie.
Gest archaiczny, cielesny, należący do świata, w którym narodziny i uzdrawianie nie zostały jeszcze odłączone od ciała bogini.
Nie wygłosiła mowy.
Zapytała:
— Co cię boli?
I zaczęła słuchać odpowiedzi.
Część 6 - Osiem miejsc bólu
— Boli mnie głowa.
Ninhursag powołała do istnienia bóstwo dla tego bólu.
— Boli mnie...
Pytała dalej.
Każda odpowiedź otrzymywała osobne narodziny.
Abu.
Nintulla.
Ninsutu.
Ninkasi.
Nazi.
Azimua.
Ninti.
Ensag.
Osiem nowych boskich istnień.
Jedno dla każdego chorego miejsca.
Nie podała Enkiemu jednego lekarstwa.
Nie powiedziała:
to wszystko jest tą samą raną.
Rozdzieliła cierpienie.
Nadała mu osiem odpowiedzi.
To również jest rodzaj mądrości.
Kiedy człowiek mówi:
boli mnie wszystko,
czasem potrzebuje kogoś, kto usiądzie obok i zapyta:
gdzie dokładnie?
Tutaj?
A tutaj?
Jeszcze tutaj?
Ninhursag szła przez ciało Enkiego miejsce po miejscu.
Nie uleczyła go przez zapomnienie.
Leczyła przez rozpoznanie.
Każdy ból otrzymał nazwę.
Każda nazwa — odpowiedź.
Każda odpowiedź — nowe istnienie.
Szczególny ślad pozostawiła Ninti.
Ta, która została związana z żebrem czy bokiem Enkiego.
Jej imię mogło nieść więcej niż jedno echo: pani żebra, pani życia.
Języki lubią takie spotkania.
Ciało i życie dotykają się w jednym dźwięku.
Ale Ninhursag nie zatrzymała się przy pięknie słowa.
Enki miał żyć.
Jedno po drugim chore miejsca wracały do porządku.
Oddech uspokajał się.
Ból puszczał.
Ciało, które zaczęło zamykać się wokół własnej szkody, otwierało się ponownie ku światu.
Ninhursag przywróciła go.
A jednak nie wrócili do początku.
Nie istniał już ogród sprzed zerwania roślin.
Nie istniała Uttu sprzed otwarcia drzwi.
Nie istniały córki sprzed powtarzających się pragnień Enkiego.
Uzdrowienie nie cofa czasu.
To jedna z najtrudniejszych rzeczy, których ziemia uczy bez słów.
Blizna nie staje się nienaruszoną skórą.
Spalone pole nie staje się polem sprzed pożaru.
Ale spod popiołu może wyjść roślina.
Nie ta sama.
Nowa.
Ninhursag urodziła więc z bólu osiem nowych możliwości.
Nie powiedziała, że szkody nie było.
Sprawiła, że szkoda nie była ostatnią rzeczą, jaka się wydarzyła.
Część 7 - Ręce z gliny
W innych starych pieśniach tę wielką boginię nazywano Ninmah.
Imię inne, ale cień tej samej wielkiej Matki pozostawał blisko.
Bogowie pracowali.
Kopali kanały.
Nosili ciężar.
Młodsi skarżyli się na trud życia.
Woda i błoto mieszały się pod ich stopami.
Wtedy pojawiła się myśl o stworzeniu kogoś, kto przejmie część pracy.
Człowieka.
Enki znał plan.
Ale kształt potrzebował rąk bogini narodzin.
Glina została zwilżona wodą z głębi.
Miękka.
Ciężka.
Chłodna.
Można było nacisnąć ją kciukiem i zostawić wgłębienie.
Ninmah i boginie narodzin stały nad nią.
Nie tworzyły marmuru.
Nie złota.
Nie rzeczy niezniszczalnej.
Człowiek miał powstać z materiału, który pęka, jeśli wyschnie, i rozpada się, jeśli zbyt długo leży w wodzie.
Może dlatego ciało ludzkie od początku zna kruchość.
Powstał kształt.
Potem następny.
Stara pieśń nie idealizuje tego aktu.
Pojawiają się ciała różne.
Ciało, które nie potrafi wyprostować rąk.
Ciało ze słabym wzrokiem.
Ciało, którego części nie funkcjonują tak, jak oczekiwano.
Ninmah tworzy je podczas osobliwego współzawodnictwa z Enkim.
A Enki każdemu próbuje znaleźć miejsce.
Sposób życia.
Funkcję.
Nie wszystkie fragmenty tej opowieści są dla współczesnego ucha łagodne.
Starożytni nie mieli naszego języka dla niepełnosprawności ani dla godności ciała.
Ale pod warstwą dawnego spojrzenia pozostaje coś, czego nie trzeba wyrzucać.
Człowieczeństwo nie zostaje stworzone jako jedna doskonała forma.
Glina wychodzi spod dłoni różna.
Nie każde ciało robi to samo.
Nie każde ciało może żyć w ten sam sposób.
I właśnie dlatego wspólnota musi umieć zrobić miejsce dla więcej niż jednego kształtu życia.
Ninhursag znała to wcześniej niż ludzie.
Góra nie rodzi tylko jednakowych kamieni.
Ziemia nie wypuszcza jednego rodzaju rośliny.
Macierzyństwo świata nie jest kopiowaniem.
Jest zgodą na różnicę.
Część 8 - Pani Góry
Później ludzie budowali świątynie.
Miasta rosły pośród kanałów Mezopotamii.
Woda Eufratu i Tygrysu niosła muł.
Rolnicy wciskali nasiona w wilgotną ziemię.
Kobiety kucały przy porodach.
Ktoś szeptał imiona bogiń.
Ktoś przynosił dar.
Ktoś prosił, żeby dziecko obróciło się dobrze.
Żeby matka przeżyła.
Żeby krew się zatrzymała.
Imiona wielkiej bogini zmieniały się przez stulecia.
Ale ziemia pod nimi pozostawała.
Ninhursag.
Pani górskiego kraju.
Pani wyniesienia.
Ta, której ciało symbolicznie mogło obejmować wzgórza, narodziny, dziką ziemię i królewską moc.
Nie była po prostu łagodną matką wszystkich istot.
Stara pieśń zachowała coś trudniejszego.
Boginię, która tworzy.
Boginię, która ostrzega.
Boginię, która potrafi się rozgniewać.
Boginię, która odchodzi.
I boginię, która wraca, kiedy przychodzi czas leczenia.
Żaden z tych gestów nie unieważnia pozostałych.
Może właśnie dlatego warto rozpocząć Księgę Ziemi od takich postaci.
Ziemia też nie jest wyłącznie łagodna.
Rodzimy na niej i jesteśmy na niej grzebani.
Daje ziarno, ale nie obiecuje zbiorów.
Przyjmuje wodę, lecz może pęknąć z suszy.
Może przez lata pozwalać budować dom w jednym miejscu, a potem zadrżeć.
Nie jest dobra dlatego, że spełnia wszystkie nasze potrzeby.
Jest życiodajna, ponieważ należy do porządku większego niż nasze pragnienia.
Ninhursag również nie należała do nikogo.
Nie była tylko żoną Enkiego.
Nie była tylko matką jego dzieci.
Nie była tylko ręką wezwaną wtedy, gdy ktoś potrzebował naprawy.
Jej imiona były starsze i szersze.
Góra.
Macierz.
Pani narodzin.
Ta, która potrafiła wyjąć z ciała to, co nie powinno prowadzić dalej tą samą drogą.
Ta, która potrafiła oddać to ziemi.
Ta, która z cierpienia wyprowadzała nowe istnienia.
Może dlatego jej opowieść nie kończy się przy chorym bogu.
Kończy się przy glinie.
Przy materiale, który pamięta każdą dłoń, ale nie musi zachować jej śladu na zawsze.
Jeśli naciśniesz glinę, zmieni kształt.
Jeśli uszkodzisz naczynie, nie zawsze da się przywrócić je do pierwszej formy.
Można jednak czasem ulepić z tej samej ziemi coś, czego wcześniej nie było.
Nie bez śladu.
Nie bez pamięci.
Ale dalej.
Ninhursag pochyla się więc nad ziemią.
Nie musimy widzieć jej twarzy.
Wystarczą ręce.
Jedna podtrzymuje.
Druga kształtuje.
A kiedy trzeba — obie pozwalają temu, co już stworzone, istnieć bez zatrzymywania go dla siebie.
W wilgotnej glinie zostaje odcisk palca.
Przez chwilę wyraźny.
Potem wysycha.
Staje się częścią naczynia.
I nikt, kto później pije z niego wodę, nie wie już, gdzie kończyła się ręka twórczyni, a zaczynała ziemia.
Most - Od Ninhursag do Pṛthvī i króla Pṛthu
Misę zostawiłam na stole aż do rana.
Na dnie ziemia oddzieliła się od wody.
Cienka warstwa mułu była niemal gładka.
Przesunęłam po niej palcem.
Powstała bruzda.
Obok druga.
Jeszcze jedna.
Wyglądały jak małe pola widziane z góry.
— Łatwo cię podzielić — powiedziałam do ziemi.
Potem pomyślałam, że to nieprawda.
Łatwo narysować linię.
Trudniej sprawić, żeby sama ziemia uwierzyła w granicę.
Wylałam wodę do ogrodu.
Muł osiadł między źdźbłami.
Nie dało się już powiedzieć, która drobina była sumeryjska, która należała do mojego podwórka, a która tysiące lat temu była skałą gdzieś zupełnie indziej.
Ziemia nie przechowuje map tak jak ludzie.
Przechowuje nacisk.
Nasiona.
Kości.
Wodę.
Ślad korzenia.
Pomyślałam o tym, że przez dwie pierwsze opowieści ziemia pozwalała się dotykać.
Najpierw była światem.
Potem materią, z której rodziło się i do której można było oddać to, co potrzebowało nowego kształtu.
Ale co stanie się wtedy, kiedy ludzie uznają, że ziemia nie tylko jest, lecz powinna im dawać?
Zboże.
Mleko.
Rośliny.
Pożywienie.
Bogactwo.
Co stanie się, gdy ktoś stanie przed nią i powie:
musisz?
Wzięłam garść suchej ziemi.
Nie zacisnęłam dłoni.
Pozwoliłam jej leżeć na otwartej skórze.
Wiatr zabrał kilka drobin.
Reszta została.
Nie dlatego, że ją trzymałam.
Po prostu jeszcze nie przyszła ich kolej, żeby odejść.
Droga prowadziła teraz dalej na wschód.
Od gliny między dwiema rzekami ku ziemi, którą w innej starej tradycji nazwano imieniem kobiety.
Tam pytanie nie będzie już brzmiało tylko:
jak ziemia rodzi?
Będzie trudniejsze.
Co dzieje się, kiedy ziemia odmawia rodzenia dla tych, którzy przestali umieć z nią żyć?
Na dłoni miałam jeszcze odrobinę pyłu.
Nie strząsnęłam go.
Ruszyłam ku progowi, przy którym czekali już Pṛthvī i król Pṛthu.

Comments